„Nabór bajkowych postaci do opowiadania zakończony. Kolejni chętni proszeni są o zapisanie się na listę oczekujących”

 

Czytając ten tytuł, pewnie zastanawiacie się, jaki sekret za chwilę przed Wami odkryję….

Gdy moje najbardziej inspirujące, najwspanialsze, najcudowniejsze, naj…, naj…, naj… (listę tych określeń mógłbym ciągnąć w nieskończoność) hobby taneczne zacząłem łączyć z nieśmiałymi próbami pisania, nie wiedziałem, że ta nowa pasja sprawi mi tyle frajdy.

Nie mając doświadczenia w pisaniu książek dla dzieci – bo układanie scenariuszy do moich studenckich filmów to zupełnie coś innego – łamałem sobie głowę nad kwestią wielkiej wagi: co zrobić, żeby stworzona przeze mnie historia przyciągnęła uwagę najmłodszych.

Może powinienem najpierw zbudować tak zwaną drabinkę scenariuszową, czyli swoistą mapę kolejnych zdarzeń, charakterów postaci, miejsc akcji itp., która pozwoliłaby mi przebrnąć przez zawiłe losy bohaterów? A może postąpić odwrotnie – działać bez sztywnego planu i po prostu notować to, co podsunie mi wyobraźnia?

Dobrze pamiętałem, jak w moim pierwszym scenariuszu bez przerwy pojawiały się dziesiątki niepotrzebnych wątków, a bohaterowie kluczyli w gąszczu kolejnych szalonych zdarzeń. Po napisaniu około stu stron tekstu zorientowałem się, że śmiałkowie, którzy zdecydowali się podążyć ścieżkami mojej fabuły, wciąż jeszcze nie zakończyli swojej filmowej podróży. Utknęli w kępie afrykańskich palm w wysokich górach oblanych wielkim morzem, które nie wiadomo skąd się wzięło. W zasadzie było całkowicie obojętne, czy na końcu spuszczę na nich śnieżną lawinę, czy rozstrzelają ich kosmici, czy też pożre ich przelatujący właśnie smok. Oczywiście przy odrobinie szczęścia niektórzy krytycy mogliby doszukać się w tej historii genialnego obrazu zawiłości naszego świata i uznać ją za arcydzieło wszechczasów. Gorzej natomiast, gdyby tym scenariuszem i jego autorem zainteresował się jakiś psychiatra…

Po napisaniu początkowego rozdziału mojej pierwszej książki dla dzieci zobaczyłem wyraźnie, że ścisłe planowanie jakoś mi się nie sprawdza. Sztywna drabinka? Zamknięta lista bohaterów? O, nie! To zabijało spontaniczność, radość i ciepło opowiadań.

 

 

 

Drugie podejście do pisania książek dla dzieci przyniosło znacznie lepsze efekty. Przekonałem się, że wystarczy stworzyć zaledwie ogólny zarys zdarzeń i określić podstawowe cechy głównego bohatera, aby opowieść zaczęła żyć własnym życiem. A całą resztę załatwił apel, który umieściłem obok komputera. Brzmiał tak:

„Drogie maskotki, kochane zwierzaki, pamiętajcie, że przybyłyście tutaj ku uciesze dzieci i ich rodziców. To od was zależy, czy dzieci będą chciały czytać historie z waszym udziałem. Bądźcie spontaniczne, lecz pojawiajcie się tylko tam, gdzie naprawdę będziecie potrzebne. Wasza obecność ma poruszać serce i wyobraźnię naszych czytelników, wywoływać u nich uśmiech na twarzy, a czasem wprawiać ich w zadumę”.

Po takim postawieniu sprawy wszystko zaczęło się układać. Bajkowe postaci toczą spory wyłącznie między sobą, mnie natomiast zapraszają na przemiłe przechadzki, kolacyjki i twórcze spotkania. Teksty piszą się niemalże same, a czytelników przybywa.

W tym całym galimatiasie muszę tylko znaleźć rozwiązanie pewnego niewielkiego problemu. Jak wytłumaczyć mojej żonie, że fizycznie jestem obecny w pokoju i z nią rozmawiam, a równocześnie wyskoczyłem do parku na rolki z kogutem.

 

Andrzej Gąsiorowski